5 października wspominamy błogosławionego Alberta Marvelli, który zaangażowany  w sprawy społeczne jako świecki, stał się dla wielu wzorem świętości. Również i dla nas jest on doskonałym przykładem na to, że można być w pełni człowiekiem i chrześcijaninem (jak nazwał go jego przyjaciel Benigno Zaccagnini), spełniając swoje zwyczajne obowiązki w duchu miłości do Boga i bliźniego.

Albert Marvelli urodził się 18 marca 1918 roku w Ferrarze (Włochy), jako drugi z sześciorga dzieci państwa Marvelli. Niewątpliwie jego rodzice byli dla niego wychowawcami w drodze do dojrzałej wiary, prowadzącej do szczytu świętości. Matka Maria Mayr Marvelli była czynnie zaangażowana w Akcji Katolickiej, Towarzystwie Opieki nad Dziewczętami i stowarzyszeniem charytatywnym Wincentego a Paulo. Jako wspaniała wychowawczyni, miała dobre i otwarte serce dla wszystkich dzieci przychodzących do kościoła parafialnego pw. Maryi Wspomożycielki Wiernych. Ojciec Alojzy jako przewodniczący parafialnego stowarzyszenia Wincentego a Paulo i członek różnych organizacji katolickich, a przy tym pracowity dyrektor banku, nigdy nie opuścił porannej Mszy Świętej, choć często był w podróży.

Gdy do władzy doszli faszyści, ojciec Alberta stracił pracę, przez co rodzina Marvelli z Rovigo przenosiła się z miejsca na miejsce, aż w roku 1931 na stałe zamieszkała w Rimini.  Tutaj, Albert uczęszczając do oratorium i liceum klasycznego, poznał bliżej salezjanów. W wieku 15 lat stracił ojca, lecz pomimo tak dramatycznej sytuacji nie rozpaczał, a nawet sam stał się oparciem dla swojego rodzeństwa. W tym okresie zaczął pisać dzienniczek, który zrodził się z refleksji nad lekturą Ewangeli oraz O naśladowaniu Chrystusa Tomasza a Kempis. Napisał także swój program życia, któremu był wierny do końca życia. Jego punkty były następujące:

1.      Rano modlitwa i, jeżeli to możliwe, rozmyślanie.

2.      Codzienne nawiedzenie kościoła i, jeżeli to możliwe, przystąpienie do sakramentów. O, gdybym mógł codziennie przystąpić do Komunii świętej.

3.      Codziennie odmówić różaniec.

4.      W żadnym wypadku nie szukać okazji do złego.

5.      Wieczorem modlitwa, rozmyślanie, rachunek sumienia.

6.      Pokonać największe niedoskonałości: lenistwo, nieumiarkowanie w jedzeniu, niecierpliwość, ciekawość i inne.

7.      W każdej trudności uciekać się do Jezusa. Jeżeli nie zachowam któregoś z tych punktów, nałożę sobie pokutę.
(Diario, s.16)

Pragnął promieniować Chrystusem, pomagając innym, okazując im radość i jak najlepiej wypełniając swoje obowiązki, co udowodnił m.in. tym, że zdobył drugie miejsce w konkursie na najlepszego ucznia w szkole. W 1936 roku jako student inżynierii w Bolonii pielęgnował kontakty z przyjaciółmi, nawiązywał nowe i kontynuował apostolską działalność. Siły do tego czerpał codziennie z sakramentów i modlitwy, której nauczyła go matka.

Po ukończonych studiach, kiedy to w czerwcu 1940 roku Włochy przystąpiły do wojny, Albert pracował w odlewni w Mediolanie, gdzie żywo interesował się problemami innych, zwłaszcza najuboższych. Jego poświęcenie potrzebującym wynikało z wkraczania coraz bardziej na drogę wyznaczoną przez Chrystusa, w czym pomogła mu Eucharystia i rozmyślanie.

Rok później otrzymał doktorat w dziedzinie inżynierii przemysłowej, ale zaraz potem został powołany do wojska, z którego został zwolniony po czterech miesiącach. W Rimini do 1943 roku był wykładowcą w Instytucie Techniczno-Przemysłowym, po czym ponownie musiał odbyć służbę wojskową. Było to dla niego trudne doświadczenie, także dlatego, że w tym samym czasie zginął jego młodszy brat Rafaello. Jednak bezgranicznie ufał w Bożą Opatrzność do tego stopnia, że  miał pozytywny wpływ na żołnierzy z otoczenia, którzy przy nim wyzbyli się złych nawyków i złagodnieli.

8 września został zwolniony, po czym znalazł pracę w Instytucie Technicznym w Rimini, jednak z powodu bombardowań musiał opuścić miasto. Albert doskonale znał język niemiecki, dzięki czemu ocalił wielu młodych ludzi, którym groziła deportacja do Niemiec. Jednak sam jako świetnie wykształcony inżynier został tam wywieziony. Pociąg, którym jechał został ostrzelany, dlatego w całym tym zamieszaniu udało mu się zbiec.

Wraz z rodziną uciekł do San Marino. Mieszkali w kolegium, co nie przeszkadzało Albertowi w przyjmowaniu sakramentów, odmawianiu na głos różańca, organizowaniu żywności dla potrzebujących, przy czym niejednokrotnie narażał własne życie. Jednak po  niecałym miesiącu, kiedy miasto zostało już wyzwolone, rodzina Marvelli wróciła do domu. Albert jako poważany i lubiany przez wszystkich, został członkiem Komitetu wyzwolenia, jak też przewodniczącym Związku Inteligencji Katolickiej, przy czym był nieprzerwanie zajęty sprawami ubogich.

Wieczorem, 5 października 1946 roku, wracając z kolacji u mamy w San Giuliano al Mare, został potrącony przez samochód, jadący z nadmierną szybkością. Umarł po dwóch godzinach w drodze do szpitala. Miał 28 lat. Jego pogrzeb był manifestacją ludzi różnych przekonań politycznych i religijnych, którzy darzyli go sympatią. Do grona błogosławionych zaliczony został przez Jana Pawła II  5 września 2004 roku.

kl. Marcin Giemzik

Na podstawie „Święci, Błogosławieni, Słudzy Boży, Rodziny Salezjańskiej” ks. Stanisława Szmidta SDB