ko. Karol – salezjanin:

Powołanie salezjanina koadiutora jest moim powołaniem

Do Zgromadzenia Salezjańskiego przyszedłem dość późno, bo po skończeniu studiów z zakresu psychologii. Obraz salezjanów, jaki nosiłem w sobie przed wstąpieniem do Zgromadzenia, to  obraz księży. Dopiero w nowicjacie uświadomiłem sobie, że samo powołanie zakonne nie jest w swojej istocie powołaniem ani laickim, ani kleryckim. Pogłębiając wiedzę podczas pierwszego roku formacji, coraz bardziej dochodziłem do wniosku, że powołanie salezjanina koadiutora jest moim powołaniem. Są  miejsca, do których kapłan nie może dotrzeć i już na samo słowo „ksiądz” rodzi się opór, dlatego nie koniecznie trzeba być kapłanem aby świadczyć o Chrystusie. Każdy salezjanin – także salezjanin koadiutor – jest powołany do pracy z młodzieżą i do tego by w niej odnajdywać Chrystusa, szczególnie tego poranionego, oplutego i odrzuconego.

 

Początki nie były łatwe. Wielu salezjanów, których znałem jeszcze przed wstąpieniem do Zgromadzenia, mocno powątpiewało w mój wybór. Wręcz zachęcali mnie abym wreszcie „zmądrzał” i założył  sutannę. Mam nadzieję że wynikało to głownie z niezrozumienia, a nie ze złej woli.

 

Bardzo ważnym okresem dla mnie był czas asystencji, który  spędziłem w Różanymstoku w Salezjańskim Ośrodku Wychowawczym. Było to dla mnie bardzo mocne zderzenie się ideałów w które wierzyłem i za którymi poszedłem. Jednak tak mocno poranionego Chrystusa, jak ukrytego w głowach i sercach tych młodych ludzi, nigdy wcześniej nie spotkałem. Trudno jest opisać słowami jak wiele cierpienia w swoim życiu doświadczyli ci chłopcy. Naszym zadaniem jest pomóc im uwierzyć, iż mogą być dobrzy i że największym wsparciem w walce o ich życie i ich przyszłość jest Jezus Chrystus.

 

Zapał salezjanów pracujących w ośrodku, ich codzienny trud w zdobywaniu serc młodych ludzi dla Chrystusa, bardzo silnie utwierdził mnie w moim powołaniu. Zawsze też czułem od nich wsparcie i wielokrotnie słyszałem, abym nie rezygnował ze swojego wyboru. To dzięki nim nie tylko wykorzystałem własną pasję jaką jest psychologia, ale również skończyłem kolejne studia z zakresu psychoterapii.

 

Kiedyś na filozofii rozmawiałem z radcą generalnym do spraw formacji o tym, że brakuje miejsca dla koadiutorów, gdzie mogli by poczuć, iż proces formacyjny jest także przygotowany pod ich potrzeby. Coraz bardziej potrzebujemy współbraci, którzy będąc zakonnikami, będą pragnęli przekazywać Chrystusa głównie poprzez przykład swojego życia i poprzez swoją pracę, do której muszą być bardzo dobrze przygotowani. Zrodził się pomysł formacji dla współbraci koadiutorów i jest on realizowany obecnie w Turynie. Sam mieszkałem na Valdocco przez dwa lata i ten okres ubogacił mnie w nowe doświadczenia i kontakty ze współbraćmi z całego świata.

 

Ważną rzeczą jest to, że nie można traktować powołania koadiutorów i księży jako rywalizacji. To jest lepsze, albo łatwiejsze, a to przynosi większe korzyści itd. Są to powołania, które mogą i powinny się wzajemnie ubogacać. Teraz mogę się czuć nie tylko spełniony w swoim powołaniu, ale również potrzebny w konkretnej pracy, co dla każdego mężczyzny, także zakonnika jest bardzo pomocne. Dziękuję również Bogu, że po czasie formacji początkowej, pozwolił mi wrócić do Różanegostoku i pracować jako psycholog i terapeuta, a przede wszystkim jako salezjanin księdza Bosko.

 


ks. Adam – salezjanin:

Każdy powinien odkryć własną drogę

Nazywam się Adam i jestem salezjaninem od 14 lat. Historia mojego powołania nie jest historią wielkich nawróceń, radykalnych zmian w życiu. Co nie znaczy, że takiego nawrócenia nie potrzebowałem i wciąż nie potrzebuję. Chodzi mi o to, że każdy ma swoją drogę. Są takie bardziej spektakularne i bardziej spokojne. Moja należy, zdaje się do tych drugich. Pochodzę z niewielkiego miasta. Mam kochanych rodziców, starszego brata, który założył już swoją rodzinę. Moją rodzinną parafią była parafia diecezjalna. Dobrze się tam czułem i już od dziewiątego roku życia posługiwałem w niej jako ministrant. Do dziś pamiętam jak kilka dni po pierwszej Komunii św. podszedł do mnie ksiądz, który mnie uczył, ks. Marek i zapytał mnie: Adaś, a dlaczego nie zapisałeś się do ministrantów? Pomyślałem sobie: Dlaczego nie? I już na następnej zbiórce byłem obecny i ja. Tak chyba zaczął się mój bliższy kontakt z kościołem. Należałem też do grupy oazowej.

 

Nie myślałem żeby zostać księdzem, choć taka myśl z czasem zaczęła się pojawiać. Oczywiście decyzja ostateczna zapadła w liceum. W moim przypadku nie była ona chyba jakoś podejmowana z wielkim trudem. Oczywiście to Pan Bóg wzywa. Posługuje się jednak naszym sposobem myślenia, naszą osobowością. Przez moje „ja” pozwala mi odkryć to ważne wezwanie. Kiedy zastanawiałem się jaki kierunek studiów wybrać, zadałem sobie proste pytanie, co w życiu jest w stanie uczynić mnie człowiekiem szczęśliwym, zrealizowanym. Chodzi o to, żeby przechodząc przez kolejne lata własnego życia mieć świadomość zmierzania w stronę czegoś, co dopełni, a nie podważy moją historię. Każdy powinien odkryć własną drogę – małżeństwo, życiowa misja…. Moją odpowiedzią było kapłaństwo.

 

Pozostało jeszcze pytanie gdzie? Muszę napisać, że na początku takie pytanie się nie pojawiło. Przecież pochodziłem z parafii diecezjalnej, znałem wielu wspaniałych księży, zatem sprawa wydawała się być jasna. Wola Boża bywa jednak zaskakująca. Kiedyś w mojej parafii głosili rekolekcje księża ze zgromadzenia zakonnego, nie byli to salezjanie. Na zakończenie rozdawali broszurki z informacjami o ich charyzmacie, pracy. Jedna taka ulotka znalazła się również w moich rękach, a później w szufladzie mojego biurka. Leżała tam pewnie ze dwa lata, aż właśnie w klasie maturalnej znalazłem ją, przeczytałem i bardzo mnie zainteresowało bogactwo charyzmatu w kościele, misje, życie wspólnotowe. Napisałem zatem pod wskazany adres. Odpowiedź przyszła bardzo szybko. Dostałem książkę do przeczytania i jeszcze kilka ulotek. Po lekturze stwierdziłem jednak że tamten charyzmat nie jest dla mnie.

 

Kiedy już byłem zdecydowany pójść do seminarium diecezjalnego, miały miejsce dwa małe wydarzenia, które zapoznały mnie ze Zgromadzeniem Salezjańskim. Otóż, przed Bożym Narodzeniem, pan organista z mojej parafii roznosił po domach opłatki. Jak się później dowiedziałem, był on absolwentem salezjańskiej szkoły organistowskiej w Przemyślu. Po latach, z wielką sympatią wspominał te czasy jak i salezjanów, których tam spotkał. Będąc w moim domu, zapytał się mojej mamy, jakie mam plany na przyszłość. Kiedy dowiedział się, że wybieram się do seminarium, powiedział, że powinienem pójść do salezjanów. Kiedy mama powiedziała mi o tym, nie słysząc wcześniej niczego o salezjanach, wcale się tym nie zainteresowałem. Dwa tygodnie później moi rodzice rozmawiali z naszym kuzynem, który mieszka w Łodzi, gdzie pracują również salezjanie. Kiedy dowiedział się, że idę do seminarium, powiedział moim rodzicom dokładnie to samo co wcześniej pan organista: Adam powinien iść do salezjanów. Dwa tygodnie, ta sama informacja? Ktoś może powiedzieć, że to przypadek. Trzeba jednak wiedzieć, że Pan Bóg przemawia do nas każdego dnia na różne sposoby.

 

Tym razem nie zbagatelizowałem tej informacji. Znalazłem w książce telefonicznej numer, zadzwoniłem, pojechałem na spotkanie do Warszawy. Miałem wtedy 18 lat a szczerze mówiąc wyglądałem  na jakieś 15. Pamiętam do dziś, jak jeden z księży tłumaczył mi, że do zgromadzenia przyjmują dopiero po szkole średniej. Kiedy powiedziałem mu, że w tym roku zdaję maturę, był bardzo zaskoczony. Później pojechałem na spotkanie do Czerwińska i tam od razu złożyłem podanie z prośbą o przyjęcie mnie do nowicjatu. Trzymając w ręku długopis i mając przed sobą czystą kartkę papieru, zadałem sobie mało skomplikowane pytania: Czy podoba ci się tu? Czy charyzmat pracy z młodzieżą podoba ci się? Czy chcesz być księdzem? Odpowiedź była na tak. Po latach dojrzała we mnie jeszcze jedna odpowiedź. Pragnienie i radość z kapłaństwa pozostały. Ale jest jeszcze coś niezwykle ważnego – bycie salezjaninem. Mija w tym roku 14 lat od pierwszych ślubów. Można powiedzieć, że to już, choć wielu starszych ode mnie powie, że to dopiero. Chodzi mi jednak o to, że po tych 14 latach w niczym nie czuję się zawiedziony. Dziękuję Bogu za to powołanie, za możliwość jego odkrycia i przeżywania.